|
300 dni. Od tylu dni jestem wolna od nałogu tytoniowego. Chociaż…czy naprawdę można być wolnym, kiedy leniwie spacerując supermarketowymi rzędami wrzucam do koszyka kolejne garście wysokokalorycznych substytutów? Mają mnie one uchronić od powrotu do tytoniowej przyjemności, która kusi zajadle jeszcze przy kasie wywołując bardzo „świeże”, przepełnione dymem wspomnienia.

Pamiętam jak to się zaczęło. Jakieś 20 lat temu, siedząc na tarasie zaciągałam się z młodszą o rok kuzynką (o urodzie Pocahontas) porwanym ciotce papierosem marki „Golden”. Pod koniec siermiężnego ustroju wydawał się być dobrem przybliżającym nas do magicznego świata dorosłych i do świata zachodnich dóbr. Pierwszym sygnałem, że lubię luksusowe towary. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, aby uprowadzić ojcu „Popularne”. Na szczęście pojawienie się w porę czujnej Buni (tak zdrobniale nazywałyśmy charyzmatyczną babcię) uchroniło nas na kilka lat od tytoniowego nałogu. Skończyło się na małej dziurze wypalonej w krwisto czerwonym kocu made in Peru. Kuzynka wpadła w nałóg kilka lat później. Nigdy nie zapomnę, kiedy w dzień jej ślubu paliłyśmy ukradkiem w toalecie. Zupełnie jakbyśmy nadal miały po 11 lat, a zbliżałyśmy się do trzydziestki.
W tytoniowy nałóg wpadłam w redakcyjnym środowisku skuszona obietnicą integracji z tabunem naburmuszonych koleżanek. Integracja owa zakończyła się fiaskiem. Początki tytoniowego nałogu objawiły się dusznością i bladością. Papierosowy dym kojarzył mi się z jedną z najbardziej dziwnych redakcji, jaką zaliczyłam w swoim dziennikarskim życiorysie. Tylko naiwność i woń dziesięciu cynamonowych kadzideł uchroniła redakcyjne grono od cynicznych komentarzy niepalącej szefowej. Notorycznie, nawiedzając niespodziewanie redakcję, musiała przedzierać przez cynamonowy smog (niczym ułani w listopadowej mgle), aby dojrzeć wycieńczonych dziennikarzy w dzień składu. Papierosy pomagały nam przetrwać najbardziej absurdalne sytuacje.
Najbardziej zgubną chwilą dla palacza jest chyba moment kiedy zaczyna lubić palenie. Ja lubiłam. Uwielbiałam ten moment, kiedy wczesnym rankiem (czytaj o 11.), delektując się aromatem mocnej kawy, słuchałam leniwych nagrań Chata Bakera zaciągając się mentolowym slimem. Jednak palenie mimo, że jest niezdrowe, szkodliwe, niemodne ma w sobie coś zakazanego i tajemniczego. „Chodźmy na papierosa” jest obietnicą rozmowy, a nawet wstępem do romansu. Papierosy z kawą były duetem, który towarzyszył w porze śniadania. Jak w piosence „Hey”, powtarzając za genialną Kasią Nosowską: „Kocham ten stan Cudowne sam na sam kawa i ja papierosy, kawa, ja Nie ma kumpli Nie na nieprzyjaciół Nie licząc dwudziestuW paczce papierosów Kocham ten stan Papierosy, kawa, ja...” Teraz śniadanie zaczynam od soku buraczanego i otrębów.
Było tyle ważnych papierosów w moim życiu... Gdy On nie zadzwonił bo widziałam że jest z nią. Gdy po dwunastu godzinach dyżuru w angielskim pubie, poskręcana jak precel, leżałam na wytartej wykładzinie i próbowałam dojść do siebie. Kiedy okradziono mnie w Barcelonie i musiałam prowadzić konwersację z hiszpańskimi policjantami. Skończyło się tym, że dostałam raport napisany po katalońsku. Pamiętam jak umarł Papież, a ja dzielnie znosiłam pierwsze dni emigracji paląc jak smok na angielskim trawniku w deszczowy wieczór 2. kwietnia 2005. Te papierosy, gdy dowiedziałam się o chorobie, wypalone ukradkiem na szpitalnym balkonie, były chyba tymi ostatnimi. Ale czy tak będzie? Czy dotrwam? Nie wiem, bo wykreśliłam ze swojego słownika słowo „nigdy”, ale obiecuję, że nie będę gnębić palaczy i wypowiadać farmazonów, że palenie zabija. Bo zabija podobnie jak kawa, stres, pracoholizm…ale bardzo mi go brakuje…
|